W Radzie Miejskiej w Kętrzynie tylko kilku radnych - na dwudziestu jeden - wykazuje aktywność i wykorzystuje mandat dany przez mieszkańców. Jednym z tych aktywnych radnych jest Daniel Sapiński, który w radzie jest po raz pierwszy. Jego nowatorski pomysł wyjścia na ulicę do ludzi daje mu małą przewagę nad resztą koleżanek i kolegów. Bo jak lepiej wysłuchiwać ludzi, jak nie w bezpośrednim kontakcie? Radny, który startował z list Aktywnego Samorządu niedawno ogłosił, że w przyszłorocznych wyborach wystartuje na burmistrza. W tej chwili zbiera się przy nim także grupa "Blisko Ludzi", która w wyborach ma stanowić jego komitet. My postanowiliśmy zadać radnemu kilka pytań o mieście.
Chciałbym zacząć pytaniem o pana pomysł na Kętrzyn...
— Pomysłów na Kętrzyn jest wiele, ale żeby ująć to najprościej to chciałbym, by między samorządem a mieszkańcami panowała zdrowa komunikacja. Ludzie powinni wiedzieć, co robi władza. Chciałbym, by wszelkie decyzje samorządu były konsultowane z mieszkańcami. To może być komunikacja przez radnego, przy pomocy konsultacji społecznych, a nawet tzw. wyjścia na ulicę, co zresztą sam praktykuję od początku kadencji. Metody nie mają znaczenia - może to być poczta pantoflowa albo bezpośredni kontakt. Samorządowcy powinni być przyjaciółmi mieszkańców, a u nas od dawien dawna jest mur, który trzeba przebić.
Jeżeli chodzi o realne działania w mieście to tu jest dużo do zrobienia. Zarówno w sferze społecznej, jak i w sferze inwestycyjnej. Ważna jest energetyka. Na ten moment wszystko wymaga dopracowania. Działania ważne dla miasta i mieszkańców powinny być weryfikowane na każdym etapie. Dziś na przykład mamy kontrowersje czy nad jeziorkiem powinna powstać restauracja czy nie. Są głosy za i przeciw, ale czy to było jakoś konsultowane? Ktoś podjął decyzję, uznał za ogół, że tak będzie najlepiej. Ja jestem przeciwnikiem tego rozwiązania, ale wiem, że ten pomysł ma też liczne grono zwolenników. Ja sugerowałbym wypracowanie kompromisu i uzasadnienia kętrzynianom dlaczego taka decyzja. My niestety, także na poziomie rady, o wielu rzeczach dowiadywaliśmy się już na poziomie realizacji.
Jako radny, ale też jako mieszkaniec, ma pan zapewne pogląd, w którą stronę Kętrzyn powinien iść?
— Moim zdaniem miasto powinno iść w stronę usprawnienia komunikacji turystycznej z miastami sąsiednimi, tymi które mają blisko jeziora. Musimy jakoś tych turystów, którzy już są na Mazurach, ściągać do siebie, uruchomić lokalne życie. Mamy zabytki, kilka ciekawych atrakcji, ale żeby przyciągnąć ludzi powinniśmy współpracować z sąsiadującymi gminami i powiatami. Kętrzyn trzeba odpowiednio skomunikować z mazurskimi ośrodkami turystycznymi. Należy poprawić komunikację autobusową, popracować nad infrastrukturą rowerową, a nawet - jak w przypadku Węgorzewa - kolejową. Tym bardziej, że ta główna linia kolejowa, przy której miasto leży będzie na kilka najbliższych lat wyłączona.
Ale do Węgorzewa jeszcze nie tak dawno pociągi jeździły. Co prawda jako atrakcja turystyczna i tylko w sezonie, ale to przecież o to chodzi.
— ...I absolutnie nie można tej linii eliminować. Tym bardziej, że wiedzie ona pięknym szlakiem.
Z takimi ofertami powinniśmy wychodzić jako miasto?
— Zdecydowanie. Kiedy jedziemy nad morze do znanych ośrodków, jak Ustka, Łeba czy Krynica, gdzie - nie oszukujmy się - ceny są często wygórowane, spora część kwateruje się kawałek dalej od morza, by w każdej chwili móc dojechać np. na plażę. Docelowo i tak ten turysta spędza czas nad morzem. Podobnie może być i u nas. Kętrzyn też może zatrzymać turystów, nie podbierając im dostępu do jezior i innych okolicznych atrakcji. Zaniedbujemy niestety lokalne zasoby - naszych przedsiębiorców, artystów czy sportowców. To wszystko da się ożywić.
W radzie odzywa się pan jako jeden z nielicznych, spora część pańskich koleżanek i kolegów zazwyczaj milczy. Myśli pan, że w Kętrzynie nie ma ludzi, którzy mogliby odezwać się w naszych, tj. mieszkańców, sprawach?
— Są tacy ludzie! w mieście mamy wielu mądrych i aktywnych mieszkańców. Część z nich formujemy w naszej grupie "Blisko Ludzi". Pod tą nazwą działamy od listopada, na razie nieformalnie, nad pomysłami na przyszłoroczne wybory. Ta grupa jest w trakcie budowy, ale na naszej stronie pojawiają się już podcasty, w których prezentują się właśnie te osoby - oddani miastu i chcący coś zmienić. Musi być spełniona symbioza na linii mieszkańcy, rada, burmistrz, tak patrzymy na to pod kątem przyszłych wyborów. Tak naprawdę to radni mają władze uchwałodawczą w ręku i w porozumieniu z ludźmi mogą wiele zaproponować. W tej kadencji sam to praktykowałem, więc wiem, że można (śmiech).
Obyczaje, które przez wiele lat panowały w mieście odcięły radnych od decyzyjności i kreatywnego myślenia. Nie może być tak, że radni dostają gotowe uchwały i są za albo przeciw. Przy silnej radzie to burmistrz musi realizować zadania nakreślone przez radnych a nie odwrotnie.
Co uznałby pan za sukces tej rady, pod którym mógłby się pan podpisać?
— Po pierwsze zakaz nocnej sprzedaży alkoholu w mieście. To ma swoich zwolenników i przeciwników, ale to spowodowało, że ilość zakłóceń porządku publicznego spadła znacznie, z ponad stu interwencji w 2021 roku do osiemnastu w roku kolejnym. Wdzięczni są na pewno mieszkańcy ulicy Mazurskiej, którzy mogą spać po nocach spokojnie, a nie zawsze tak było. Drugą rzeczą, pod którą mógłbym się podpisać to zmiana w prawie do korzystania z bonifikaty. Temat zgłosiła mieszkanka ul. Sikorskiego, która przyszła na jeden z moich dyżurów pod ratuszem. Kobieta mieszkała w lokalu komunalnym blisko 40 lat i mimo korzystnej bonifikaty, która przysługuje w takich wypadkach, nie mogła użytkowanego mieszkania wykupić. Okazało się, że ten wykup blokowała uchwała z 1998 roku, która zabraniała sprzedaży lokali położonych na parterze. Po kilku zmianach do tej uchwały, na liście pozostało 10, w tym ten sporny. Zaproponowałem zniesienie tego przepisu, ponieważ dochodziło do paradoksów, że jeden użytkownik, który dostał lokal dzień wcześniej mógł skorzystać z bonifikaty i zostać właścicielem mieszkania, a inny po wielu latach nie mieścił się w prawie.
To ja dodam przeniesienie cyrku spod okien mieszkańców ul. Poznańskiej. Dzięki pana interwencji, mimo że to nie pana okręg wyborczy, cyrkowe namioty stają przy ul. Zbożowej.
— Nie kalkuluję czy ktoś mieszka w moim okręgu czy nie. Jestem radnym miejskim i tak naprawdę jeśli mogę podjąć jakieś działania, nie ograniczam się do swoich wyborców. Miasto jest jedno i jeśli mam możliwość pomóc - pomagam.
A kiedy poczuł pan, że bycie radnym to może być mało w kolejnej kadencji?
— Kiedy wszedłem do rady z Aktywnym Samorządem, dość szybko zauważyłem, że brakuje między nami przysłowiowej chemii. Dojrzewała we mnie myśl o stworzeniu własnej grupy w radzie, która będzie aktywnie funkcjonować, proponować zmiany, które wpiszą się w oczekiwania mieszkańców. Uliczne dyżury pozwoliły mi doświadczyć jak ludzie oceniają radnych i posłuchać ich oczekiwań. W mojej ocenie ludzie chcą normalności, doceniają poświęconą im uwagę i czas na rozmowę. Nie myślałem o kandydowaniu na burmistrza. Kiedy zacząłem rozmawiać z ludźmi, z przyjaciółmi, o stworzeniu grupy, grupy "Blisko Ludzi", kiedy zaczęliśmy się spotykać i rozmawiać o przyszłym kształcie naszego samorządu, koniecznym stało się wystawienie kandydata na burmistrza. Grupa która ma własnego kandydata na burmistrza, ma dużo większe szanse na powodzenie w wyborach, niż taka która tego kandydata nie ma.
Nie boje się tego wyzwania. Jestem gotowy. Mam w sobie coś takiego, że jak podejmuje się jakichś zadań, dążę do ich realizacji. Natomiast nie popełnia błędów ten kto nic nie robi. Trzeba się liczyć z trudnościami, potknięciami. W takim przypadku trzeba też mieć odwagę, by stanąć przed mieszkańcami i ich przeprosić. Myślę, że właśnie tej uczciwości brakuje klasie politycznej.
Można powiedzieć, że pana spotkania z mieszkańcami są ewenementem w całym regionie. Nikt nie ma odwagi wyjść do ludzi na ulicę, by ich wysłuchać. To jest też ta uczciwość, o której pan wspomina?
— Na trzy lata dyżurów tylko raz przyjechała kobieta, która wylała na mnie całą frustrację, nie dając szans na rozmowę. Pani zaznaczyła zresztą, że przyszła się wygadać i nie chce słuchać moich argumentów. W pozostałych przypadkach to były normalne rozmowy o mieście, o potrzebach mieszkańców, sprawach, które ich nurtują. Z czasem mieszkańcy przychodzili z kartkami, na których mieli spisane swoje problemy.
W tych kontaktach pomaga mi na pewno to, że na co dzień pracuję jako terapeuta. Mam do czynienia z ludźmi, którzy często narzekają, więc nie mam problemów z wysłuchaniem trudnych spraw czy słów krytyki. Jestem otwarty na szczerą rozmowę, a empatia, którą w sobie mam raczej wyzwala przychylność rozmówców.
Marek Szymański
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze