Adam Fedoruk jest postacią znaną w piłkarskim światku. Jako piłkarz 18 razy zagrał w reprezentacji kraju (jeden gol), a w piłce klubowej zaliczył grę w Lidze Mistrzów. Grał wtedy w naszpikowanej gwiazdami Legii Warszawa, która w sezonie 1995/96 jako pierwszy polski klub zagrała w tych elitarnych rozgrywkach. Już jako trener Adam Fedoruk współpracował m.in. z Rafałem Ulatowskim (był jego asystentem w Bełchatowie i Cracovii) oraz Czesławem Michniewiczem (w Zagłębiu Lubin, wcześniej w Olimpii Elbląg to Michniewicz był asystentem... Fedoruka). Od 2020 roku pracuje w Kętrzynie, najpierw jako dyrektor sportowy, obecnie już jako pierwszy trener. Doceniony podczas Gali Osobowości za wyniki, jakie dziś osiąga drużyna Granicy.
Ogląda pan Mistrzostwa Świata w Katarze?
— Oczywiście, że tak.
I jak pan je ocenia?
— Byłem zdziwiony, że FIFA zdecydowała się na organizację turnieju w zasadzie bez przerwy w rozgrywkach ligowych. Nie wszyscy zawodnicy byli na to przygotowani, choćby reprezentanci Francji, których przetrzebiły kontuzje. Zawodnicy nie mieli czasu odpocząć, wyleczyć się i przygotować do jednego z najważniejszych turniejów na świecie.
Zawsze są też oczekiwania, która reprezentacja potwierdzi klasę, a która zawiedzie. Nasze oczy tradycyjnie są skierowane na Amerykę Południową, coraz częściej też na Afrykę. Patrzymy gdzie ten poziom wzrasta, który kraj wprowadza młodych zdolnych piłkarzy, jak choćby Brazylia napastnika Martinellego, o którego bić się zaraz zaczną najlepsze kluby. Ważna jest też gra systemów. Do tej pory kluczową taktyką była gra z pięcioma obrońcami, ale niektóre reprezentacje pokazały, że zmodyfikowane systemy 4-2-3-1 czy nawet 4-1-2-3 także dobrze sobie radzą i kto wie, czy nie będzie to odkryciem tego Mundialu. Po to także są te mistrzostwa. Trenerzy pokazują nowe rozwiązania i styl gry na następne 2-3 lata. Tak to działa. Szkoda tylko, że my jako Polska nie pokazaliśmy niczego wartościowego pod tym względem…
Wspomniał pan o raczej ofensywnych rozwiązaniach, tymczasem tacy Marokańczycy z Hiszpanią głównie murowali bramkę.
— Ale mówimy o ich nastawieniu w tym jednym meczu. Polacy pokazali, że w zasadzie inaczej nie umieją grać. Maroko poza Ziyechem i Hakimim nie miało rozpoznawalnych piłkarzy, w przeciwieństwie do nas. Poza tym żyjemy w środku Europy, jesteśmy inaczej postrzegani i sami mamy inne wymagania. Polscy kibice chcieliby zobaczyć reprezentację gotową na zmianę tempa i wariantu gry oraz szybkie skrzydła. Cieszyć się grą, a tak naprawdę niczego takiego nie zobaczyliśmy. Szkoda, bo mecz z Francją pokazał, że jednak potrafimy zagrać z pazurem.
Chociaż ten mecz mógł się inaczej potoczyć, gdyby nie słupek w pierwszej połowie czy bramka „do szatni”…
— Tak, ale ta jedna akcja meczu nie mogła zmienić. Wybór selekcjonera na te mistrzostwa był od początku nastawiony jedynie na wyjście z grupy. Pominięta została właśnie ta radość z gry, zabrakło polskiej piłki i polskiej myśli szkoleniowej. Zresztą trener Michniewicz to samo zaprezentował z kadrą U-21 w 2019 roku na Mistrzostwach Europy, w których w decydującym meczu rozbiła nas Hiszpania.
A te nowe rozwiązania, o których pan wspomniał, pojawią się w grze Granicy w nadchodzących meczach?
— Kibicowałem naszym piłkarzom, ale nie siedziałem w szaliku przed telewizorem. Mecze oglądałem głównie jako trener. Patrzę na to, które zdolności motoryczne zawodników są kluczowe, obserwuję zachowania piłkarzy, ich umiejętności. Tak się złożyło, że w tym czasie czytałem też ciekawą książkę w tym temacie. Mistrzostwa się skończą, za chwilę będziemy mieli przed sobą okres przygotowawczy, nowe wyzwania i tu akurat dobrze, że ten turniej rozgrywany był w grudniu, kiedy trenerzy mają czas na spokojnie podpatrywać tych najlepszych.
Zagrał pan 18 meczów w reprezentacji, w tym jeden mecz z Argentyną. Pamięta pan wynik?
— Przegraliśmy, ale z tego co pamiętam strzeliliśmy im bramkę... Pamiętam, że był trudny mecz. Z trenerem Strejlauem byliśmy na tournée w Ameryce Południowej i to była przejściowa reprezentacja, z dopiero wchodzącymi olimpijczykami z kadry Janusza Wójcika - m.in. z Piotrem Świerczewskim, Jurkiem Brzęczkiem i Wojciechem Kowalczykiem, którzy potem stanowili jej trzon. Nie było łatwo, ale zapamiętałem grę rywali. Ciężko się gra z drużynami, które panują nad piłką i są tak pewne siebie. To było 3:1?
2:0 dla nich...
— A, to bramkę strzeliliśmy Urugwajowi.
Dokładnie i było 1:0 dla nas.
— To był w ogóle bardzo ciekawy wyjazd. Poznaliśmy wtedy inny styl gry. Tak, że wiem, jak ciężko się gra przeciwko takim drużynom jak Argentyna. Dynamiczni, świetnie wyszkoleni piłkarze, lubiący tę dominację na boisku. Dlatego w Katarze nasza gra z nimi wyglądała jak wyglądała. Szkoda tylko, że mecz z Argentyną tak nas zmiażdżył, że nie byliśmy w stanie nic więcej w tych mistrzostwach ugrać.
Wróćmy już do czasu rzeczywistego...
— Przed reprezentacja okres rozliczeń i ciężka praca w obliczu Mistrzostw Europy. Część kadry będzie trzeba "wygaszać", szukać nowych rozwiązań. To naturalna praca trenera. To samo czekało mnie w Granicy. Dobrym rozwiązaniem prezesa Jarosława Moczarskiego było wprowadzenie mnie do zespołu jako dyrektora sportowego. Mogłem obserwować drużynę "od kuchni" - jej grę, treningi, odprawy. Wytrzymaliśmy zamieszanie z covidem i teraz już od lipca mogę realizować własne spostrzeżenia co do drużyny i budować ją "po swojemu". Odkąd jestem w Granicy dużo się w klubie zmieniło. Niektórzy piłkarze musieli odejść, ale to jest naturalne przy budowie zespołu. Dobiera się zawodników pod kątem charakteru, temperamentu, zaangażowania i umiejętności, a i ja musiałem nauczyć się słuchać. Dziś zawodnicy mają ciekawe spostrzeżenia i podsuwają tak fajne rozwiązania, że trener nie powinien "wiedzieć najlepiej", co chyba najlepiej było widać po trenerze Michniewiczu. Nie da się po prostu zbudować zespołu bez rozmawiania z zawodnikami. To już nie te czasy. Ja lubię z nimi rozmawiać, ale przy zastrzeżeniu, że to jednak trener o tych najważniejszych kwestiach decyduje. Dzięki temu inne kluby postrzegają Granicę jako silny i poukładany zespół, potrafiący wygrać z każdym, o czym w tym ostatnim jesiennym meczu boleśnie przekonała się Polonia Lidzbark Warmiński, która ma wysokie aspiracje.
Minęło kilka tygodni od zakończenia rundy jesiennej. Jakby pan na chłodno ocenił grę Granicy?
— Zajmujemy bardzo dobre miejsce w tabeli, w ścisłej czołówce i o to nam chodziło. Przed startem sezonu z prezesem Karolem Lizurejem rozmawialiśmy o miejscu i wtedy obstawialiśmy pierwszą ósemkę jako ten nasz cel. Tymczasem jesteśmy w piątce najlepszych drużyn z dwoma punktami straty do wicelidera. Mieliśmy trochę problemów kadrowych i trudne mecze na samym początku, kiedy byliśmy dopiero w fazie rozkręcania się. Brakowało nam wtedy pewności siebie. Momentem przełomowym był chyba mecz z Huraganem w Morągu, z którego wywieźliśmy komplet punktów mimo, że rywal na boisku wydawał się lepszy. To nam otworzyło serię pięciu meczów zwycięskich i dało tę pewność siebie. Kiedy pracowałem z Rafałem Ulatowskim w Bełchatowie, mieliśmy serię siedmiu wygranych i wtedy zdałem sobie sprawę, że zespół dobrze przygotowany jest w stanie utrzymać formę do 8-10 tygodni. To ważne, bo nawet jeśli któryś mecz trafi się słabszy, rozpędzony zespół jest w stanie go wygrać.
Ważnym momentem dla nas było też dojście Portugalczyka Angelo, który w trzech pierwszych meczach w barwach Granicy zaliczył dwie asysty i strzelił przepiękną bramkę z Polonią. To pokazało zawodnikom, że oni ciężko pracują na boisku, a klub wspiera ich szukając dodatkowych rozwiązań.
Sezon, jeszcze przed startem, wydawał się trudny. Trójka spadkowiczów z III ligi, silne i ambitne kluby takie jak Jeziorak, Polonia LW i Mrągowia z aspiracjami na awans, a w tym towarzystwie Granica...
— W ciągu tej rundy potrafiliśmy utrzymać wysoki poziom przygotowania i to jest budujące. Trochę szkoda tego przegranego meczu u siebie z Jeziorakiem, ale pozostałymi meczami pokazaliśmy, że możemy jeszcze namieszać...
Chyba bardziej zabolała Mrągowię porażka w Kętrzynie i to, że "katem" okazał się jej były zawodnik...
— Tydzień przed tym meczem Marcin Spirydon zdradził, że robił sobie dodatkowe treningi na siłowni, by do starcia ze swoim dawnym klubem jeszcze lepiej się przygotować. Nawet dzień przed meczem był na treningu, by tę najwyższą dyspozycję utrzymać, co potem udowodnił na boisku, strzelając Mrągowii dwie bramki.
Tu chciałbym podkreślić, że to kolejny udany transfer Granicy. Marcin jest kluczowym zawodnikiem w drużynie i na boisku odwdzięcza się za to zaufanie przede wszystkim dobrą grą.
Podczas Gali Osobowości podkreślał pan rozwój nie jednego zawodnika, a całej drużyny. Takie słowa są bardzo ważne.
— W trakcie rundy wiele słów padło na temat mojej pracy. To wtedy usłyszałem, że udało nam się podnieść poziom całej drużyny, co jest bardzo trudne. Chyba dwa sezony temu w Mrągowii wystrzelił Bah, zaczął strzelać bramki, reszta drużyny utrzymała swój poziom i to wystarczyło na drugie miejsce w lidze. Nam udało się osiągnąć progres całego zespołu, praktycznie w każdym sektorze boiska, co było kluczem naszych sukcesów. Idealnie zaobserwowałem to w tym ostatnim meczu, z Polonią Lidzbark Warmińskim.
Piłkarze wiedzą, jak ważne są dla mnie treningi. Wykorzystaliśmy na nich maksimum czasu, a żadne z ćwiczeń nie było przypadkowe. Przywiązuję dużą wagę do motoryki - szybkości, siły i dynamiki. Ta dynamika potem już na boisku jest efektem ciężkiej pracy, mojej i piłkarzy. To jest kierunek, którym chciałbym iść dalej. Sami zawodnicy też to czują i myślę, że naprawdę wierzą w wygraną z każdym rywalem. W obliczu wyjazdów do Giżycka, Białej Piskiej czy Iławy to bardzo ważne.
Mocny zespół to niebezpieczeństwo "podbierania" zawodników przez silniejsze lub bardziej zamożne kluby...
— Wiem, że są rozmowy z naszymi zawodnikami, bo sami mi o tym mówią. Ale oni są świadomi, że tu dalej mogą się rozwijać. Przykładem może być Seweryn Strzelec, młody napastnik, który przed sezonem odszedł do Narwi Ostrołęka, grającej w IV lidze mazowieckiej. Dzwonił i deklaruje powrót do Granicy, bo tu czuł się jednak najlepiej i tu jest jego miejsce.
Nie zawsze najlepszym rozwiązaniem jest odejście z klubu i szukanie paru groszy na innym etapie rozgrywek. Jestem jednak spokojny o naszych piłkarzy, którzy mając tę świadomość rozwoju i panujących w klubie warunków, nie będą chcieli rezygnować z gry w Granicy. Stąpamy spokojnie po ziemi, budżet jest dopięty, nikogo nie musimy przepłacać i wszystko jest zbilansowane. Zawodnicy podkreślają też atmosferę w klubie czy profesjonalne treningi, które realnie wpływają na ich grę. To jest dla nich ważne.
W tej chwili mamy raczej problem z zawodnikami, którzy chcą do nas dołączyć. Musimy zdecydować kto teraz, a kto w czerwcu, ponieważ chcemy te nasze działania planować z wyprzedzeniem. To wszystko jest efektem działań klubu, z prezesem Lizurejem na czele. Bałem się, że może po odejściu prezesa Moczarskiego trochę się to posypie, ale jesteśmy dobrze zorganizowanym klubem, dzięki prezesowi i zarządowi. Bardzo dobrą robotę robi też burmistrz Ryszard Niedziółka czy obecny dyrektor MOSiR Krzysztof Krupienik, który świetnie czuje piłkę, jako były trener Granicy zresztą.
Mówi pan o zespole w samych superlatywach, ale są na boisku jakieś pozycje, które chciałby pan wzmocnić czy nawet wymienić?
— Jasne, że są pewne mankamenty. Ale to wynika też z tego, że mamy piłkarzy albo typowo ofensywnych albo defensywnych. Przydałoby się dwóch-trzech graczy bardziej uniwersalnych, szczególnie w defensywie. Czasy specjalizacji na boisku nieco się zmieniły. Obecnie w piłce klubowej potrzebni są zawodnicy, którzy mogą grać na kilku pozycjach. Ta ruchliwość może być kluczowa w meczach, w których coś trzeba szybko zmienić. W ofensywie mamy to poukładane, przydałby się choć jeden taki piłkarz z tyłu. Najlepiej z temperamentem, bo szatnia musi żyć. Piłkarze nie powinni być przestraszeni i wycofani. Piłka jest grą dynamiczną, często agresywną i tacy też powinni zawodnicy. Marcin Spirydon wydawał się być cichy i spokojny, ale i on zdążył pokazać temperament.
W Legii grał pan z gwiazdami polskiej piłki połowy lat dziewięćdziesiątych...
— No tak, byliśmy wtedy zespołem tak mocnym, że na ławce siedzieli piłkarze, którzy spokojnie mieliby miejsce w każdym klubie w Ekstraklasie. Żartowaliśmy wtedy, że trener Paweł Janas nawet gdyby się mylił i tak tych błędów nie byłoby widać. Przy stanie 0:0 do przerwy od razu były robione 2-3 zmiany i one zmieniały obraz gry. Dublety w kraju, gra w Lidze Mistrzów nie wzięły się znikąd. Mieliśmy naprawdę silną drużynę.
Warszawa, klub z ogromnymi tradycjami i pieniędzmi - tam o te sukcesy łatwiej. A czy mniejsze kluby - takie jak np. Granica Kętrzyn - są w stanie osiągnąć coś więcej? Niekoniecznie aż tyle co Legia...
— Jak najbardziej. Na różnych spotkaniach przywołuje się czasy, kiedy w Kętrzynie była trzecia liga. I nawet nie musi to być ten poziom rozgrywek, a bardziej chodzi o te piłkarskie walory: silną drużynę seniorów, ciekawych zawodników, szkolenie młodzieży, ale też wyniki. By Granica na równi rywalizowała z najsilniejszymi klubami w regionie i nie przez sezon czy dwa, ale by ten poziom udawało się utrzymać na dłużej. Mamry Giżycko swoją grą w III lidze pokazały, że sam awans nie wystarczy, że potrzebna jest długofalowa polityka. Bez tego organizacyjnie i finansowo to się musi zawalić.
W Granicy wprowadzamy aktualnie nasz autorski program szkoleniowy dla młodszych grup i to w przyszłości powinno procentować. Przy silnej drużynie, dobrze wyszkolonych wychowankach za jakiś czas wystarczy jedno czy dwa udane wzmocnienia z zewnątrz i będziemy gotowi do walki o znacznie wyższe cele. Pomału wszyscy w klubie i wokół klubu zaczynają do tego dorastać, ale tu muszą być zachowane odpowiednie warunki. Mamy konkretny zarząd, dobrą drużynę i te wyniki sportowe także powinny się pojawić. Kibice już wychodzą ze stadionu zadowoleni i nawet jeśli nie wygrywamy, wiedzą, że zawodnicy są dobrze przygotowani i są w stanie walczyć z każdym.
Wywodzi się pan z naszego regionu, ta piłka z Warmii i Mazur nie jest panu obca. Co jest nie tak z drużynami z tej naszej części kraju?
— Często takie sukcesy są sztuczne, wypracowywane głównie albo nawet tylko przez pieniądze. Wiele klubów w połowie rozgrywek jest zrezygnowanych kosztami, jakie muszą ponosić. Nie są w stanie utrzymać drużyny, zawodników. Nam chodzi o pracę od podstaw - praca z młodzieżą, budowanie zespołu, nie zapominając o wychowankach. Trzon muszą stanowić zawodnicy lokalni, co da gwarancję, że ten system się nie załamie. Odwracając tę piramidę i budując zespół z jednym zawodnikiem lokalnym i resztą z zewnątrz, skazujemy się na porażkę jedynie odwleczoną w czasie. Obecnie nikt na dłuższą metę nie jest w stanie utrzymywać zawodników, którzy przyjechali gdzieś z Polski. My staramy się iść w przeciwnym kierunku.
Obecnie Granica ma idealne warunki do gry - bazę, stadion, ciekawą drużynę, dobrego trenera "z nazwiskiem", a wspomniał pan też o dopiętym budżecie...
— Każdy chce się rozwijać. W Kętrzynie środowisko jest na to przygotowane, mamy fajną bazę, klub jest "zapięty", do tego dochodzi współpraca z MOSiR-em. Chcemy podążać w tym kierunku i jesteśmy dalecy od tego, by zepsuć to, nad czym przez kilka lat pracowaliśmy.
Część piłkarzy aktualnie kopie po halach...
— Tak się umówiliśmy. Grudzień jest tym okresem przejściowym w piłce, ale zawodnicy wiedzą, że muszą uważać, bo na hali łatwo o urazy. Mamy też grupę młodych zawodników, z którymi pracujemy na siłowni. To praca strategiczna, by płynnie przejść w okres przygotowawczy. W styczniu wracamy już do treningów. Te mijające mistrzostwa udowodniły, że można poziom podnosić, mimo, że wydaje się on i tak wysoki. mamy na wiosnę konkretny cel i chcemy się zaprezentować jeszcze lepiej.
...nazwa Zalani zapewne "coś" panu mówi?
— Oczywiście! Cieszę się, że zawodnicy, także ci z Kętrzyna, grają na hali aż tak dobrze, że wygrali wojewódzki Puchar Polski. To skończy się w styczniu, kiedy wrócimy do pracy, ale to faktycznie pokazuje, że piłkarze cały czas utrzymują dobrą formę i mają radość z gry.
Zdradził pan kiedy wracacie, a jakie plany na okres przygotowawczy?
— Zagramy osiem sparingów, ale chcemy też pograć takie mecze, które będą dodatkiem do naszych treningów. Dużo uwagi chcę również poświęcić młodzieży. Mamy pięciu młodych zawodników, którzy prezentują już teraz wysoki poziom. Chcę ich poobserwować m.in. pod kątem przydatności do drużyny, jak sobie poradzą w tych grach kontrolnych i czy sprostają moim wymaganiom.
Czego pod kątem sportowym możemy panu i piłkarzom życzyć z okazji nadchodzących świąt i Nowego Roku?
— Zdrowia. Patrząc na nasze dotychczasowe mecze, odpukać, udaje się unikać kontuzji. To także zasługa przygotowania zawodników, silnej motoryki i pracy na siłowni. No i szczęścia, bo ono jest potrzebne nie tylko w piłce. Zawodnikom życzę spokoju i chęci, by chciało im się chcieć wejść na wyższy poziom.
Dzięki za rozmowę.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze